Friday, 14 August 2015

[Moje pierwsze razy] Gotuję obiady czyli do czego służy karczek

                 Nigdy nie ciągnęło mnie do kuchni. Baaa, zaglądałam do niej jedynie po to by jeść to, co przygotowała moja mama.



                 Moja mama była osobą, która  jako najstarsza córka i obdarzona 4 rodzeństwa chcąc czy nie chcąc musiała szybciutko nauczyć się gotować. Zawsze mój tata złościł się, że zupy w wykonaniu mojej mamy są gotowane w ilości jak dla wojska. Bodajże w zeszłym roku niedługo po jej śmierci napisałam na blogu post o tym, że zaczynam raczkować w kuchni i że bardzo mi brakuje jej porad i wiedzy, którą gromadziła przez całe swoje 47 letnie życie ... A w tym roku brakowało mi jej obecności jeszcze bardziej bo postanowiłam wgryźć się w temat gotowania , co było skutkiem ubocznym moich ''wakacji'' i awansu Lubego, który spowodował nie tylko dzikie godziny pracy, ale też sporo nadgodzin.

               Nie wiem czy powinnam się przyznawać, ale do tej pory moim wielkim popisowym daniem było mięso mielone w postaci klopsów czy kotletów. Niezły wynik jak na 27 latkę, nieprawdaż? ;-)
Zaczęłam od makaronów bo one wydawały mi się w miarę banalnie. Makaron połączony z warzywami wraz z sosem mięsnym zdawał się już być pewnym osiągnięciem, co przekładało się na moje samopoczucie. Postanowiłam iść krok dalej czyli zostawić ukochane mielone ( nawet to z indyka, które zdecydowanie polecam, gdy ktoś lubi lekką kuchnię) na rzecz nowych smaków i tak do naszego jadłospisu trafiła również karkówka, łopatka czy szynka. Oczywiście nie jestem na tyle cwana, aby serwować pieczone mięsa (jeszcze!), ale sam Luby przyznał, że szynka duszona w sosie z koźlarza czerwonego wyszła mi naprawdę nieźle. Kiedy Luby zaczął chwalić przygotowane przeze  mnie dania, to podchodziłam do tego z rezerwą. Jednak wspaniałomyślnie mój mężczyzna wyjaśnił mi, że chwali mnie w sposób pedagogiczny czyli za to,co wymaga pochwały, a nie jest tylko pustym słowem wyplutym z ust z powodu savoir-vivru. 

          Jednak dopiero dzisiaj przeszłam samą siebie bo postanowiłam zabawić się  w kuchnię indyjską i przygotowałam cieciorkę po indyjsku. Co prawda nie doczytałam (albo mój mózg nie chciał zaakceptować tej wiedzy), że cieciorka powinna być ugotowana przed przyrządzaniem dania, więc automatycznie czas potrzebny na przygotowanie tej potrawy wydłużył się niemiłosiernie. Danie jeszcze nie zyskało poklasku (tak, na to liczę:D), ale biorąc pod uwagę ilość przypraw do niego wrzuconych (i moją radość, kiedy to parę dni wcześniej pewna dobra dusza poinformowana mnie, że przyprawy indyjskie to te, które mocno rozgrzewają), to ta cieciorka musi być pyszna:D.

A poniżej kilka zdjęć z moich eksperymentów kulinarnych



No comments:

Post a Comment

Witaj Drogi Gościu w moim internetowym zakątku.
Jest mi bardzo miło, że chcesz zostawić po sobie ślad, ale proszę jednocześnie, abyś zastosował się do kilku prostych zasad:

1.Podpisujemy się
2.Nie obrażamy świata
3.konstruktywna krytyka mile widziana
4.zostawiamy adres mailowy/adres bloga.

Dziękuję i pozdrawiam!
Justyna